Sławomir Bąk - Fotografia dzikiej przyrody

Materiały zawarte na stronie są własnością Sławomira Bąka i nie mogą być wykorzystywane bez jego zgody.
Pliszka górska, "Zimek" i babcine skarpety
Kilka lat temu dostałem prezent od babci mojej żony. Kiedy brałem do ręki ręcznie robione, grube, wełniane skarpety, nie myślałem, że kiedykolwiek przyda mi się coś takiego. Jednak z szacunku do starszej osoby i jej pracy wziąłem z uśmiechem prezent i schowałem na dno szafy. Prezent który okazał się bardzo wyjątkowy dopiero po paru latach, przeleżał w szafie praktycznie całkowicie zapomniany. Aż do września 2009 roku.
W sierpniu przy okazji podglądania zimorodków polujących nad leśnym stawem, dokonałem niesamowitego odkrycia. Dla mieszkańców terenów górskich pewnie nie będzie to nic wielkiego ale dla mnie spotkanie pliszki górskiej i to w dodatku gniazdującej w środku województwa lubuskiego to nie lada gratka.
Teren był przepiękny. Morenowy krajobraz leśny z ptokami i małymi stawami. Takie ukształtowanie jest nieliczne na niżu ale sprzyjające właśnie osiedleniu się pliszki górskiej.
Kiedy zobaczyłem tego ptaszka przez lornetkę, wiedziałem, że nie spocznę póki nie będzie dobrego ujęcia wiszącego na ścianie w moim domu. Wiedziałem też, że nie będzie to łatwe zadanie ale wtedy nie spodziewałem się jeszcze, że będzie aż tak trudno.
Pliszka górska zdobywa pożywienie (owady, larwy itp.) biegając po brzegu strumieni.

Niestety strumień przy którym znalazłem żerujące pliszki był tak zarośnięty krzewami, że o zdjęciach w takich ciemnościach nie było mowy. Kilka dni spędziłem na obserwacji terenu w nadziei na wypatrzenie dobrego miejsca odwiedzanego przez żólte ptaszki. Przy okazji długiego wysiadywania zimorodki bardzo chętnie pozowały co wypełniało mi czas na oczekiwaniu na pliszki.Po kilku dniach dostrzegłem miejsce gdzie dwa razy w ciągu dnia pojawiają się pliszki w ładnym świetle.
Miejscem tym był narożnik stawu leśnego, porośnięty trzcinami. Z wody wystawały omszone korzenie i konary.
Niestety, postawienie czatowni na brzegu stawu nic by nie dało bo pliszki siadały na wystających z wody gałązkach znajdujących się przy końcu trzcinowiska. Miejsce to było oddalone od brzegu około 15 metrów a z takiej odległości nie miałem szans na dobre zbliżenie małego ptaka.
Nie pozostało mi nic innego jak postawić czatownię w wodzie. Uwinąłem się w godzinę. Szałas z suchych trzcin idealnie wtapiał się w linię trzcinowiska. W środku szałasu zatopiłem ławeczkę zrobioną z deski i dwóch kołków dębowych, druga deska położona na kolana służyła mi za podpórkę łokci. Siedząc w neoprenowych spodniobutach poziom wody miałem powyżej pasa. I w tym momencie w przygodzie z pliszkami pojawiają się tytułowe skarpety.
Po postawieniu czatownie musiałem odczekać tydzie
ń aby ptaki przyzwyczaiły się do trzcinowego szałasu.
Nadszedł wrzesień i pomimo ładnej pogody woda w stawie nie była już ciepła.
Neopren ma bardzo dobre właściwości izolujące ale siedząc nieruchomo w wodzie, wytrzymywałem najdłużej 3-4 godziny. Po tym czasie czułem zimno  od stóp.
Wyjście z czatowni powoduje spłoszenie wszystkich ptaków i w ten sam dzień nie ma sensu poraz drugi wchodzić i marznąć bo już nic nie przyleci w miejsce gdzie pojawił się człowiek. Po drugiej próbie wytrzymania zimna przypomniał mi się prezent sprzed paru lat.
Zadziałało. Po założeniu skarpet i dodatkowych polarowych spodni, mogłem wytrzymać w wodzie dwa razy dłużej.
Kiedy już miałem dopracowane techniczne szczegóły popsuła się pogoda. Kilka razy zmoczył mnie deszcz. Na szczęście zimorodki umilały mi oczekiwanie.
Jedna szansa.
W przedostatni dzie
ń urlopu wyjrzało słońce. Dwie pliszki przyleciały pod czatownię na niecałą minutę. Jedna usiadła z boku a druga kręciła się z tyłu czatowni. Na zdjęcie z bliskiej odległości miałem tylko kilka sekund.
Kiedy ptaszek usiadł na patyku znajdującym się w odpowiedniej odległości wiedziałem, że po serii kilku zdjęć mogę już nie mieć więcej szans. I tak było. Dwie sekundy, 12 zdjęć i koniec bliskiego spotkania. Te kilka zdjęć ma dla mnie dużą wartość nie tylko jako gatunku który jest rzadkością na nizinach. Bedę długo pamiętał zimne i mokre godziny spędzone z zimorodkami i pliszką.
Sławomir Bąk©